Win górnowęgierskich odcienie wszelakie…

Dziś, gdy wydaje się, że o winie powiedziano już niemal wszystko cedząc przy okazji przez zęby najmniejsze niuanse aromatu i smaku zapominamy jakże często o wyglądzie wina. Pole doznań jest tu przecież też duże, ale jakby niedoceniane, ukryte w cieniu. Stare reklamy pokazują, że wina z Górnych Węgier niejeden odcień posiadały, niekiedy zaś można wiele się nauczyć o tym, jak pięknie można mówić o winie. Zapraszam więc na kolejną opowieść o cennych winach z Tokaju i Hegyalji.

Wina z dzisiejszego regionu tokajskiego bardzo popularne były w XIX-wiecznym Poznaniu i Wielkopolsce, import tych win trwał tam zresztą nieprzerwanie do wybuchu II wojny światowej. Poznań wyróżniał się nie tylko atencją dla szlachetnych węgrzynów, ale i swoistym nazewnictwem rozpowszechnionym później na inne miasta zaboru pruskiego. To tam właśnie najpopularniejsze były „wina górnowęgierskie” vel „hegyalskie” o których pisałem już w jednym z poprzednich wpisów. Teraz przyszedł czas na kolejne pamiątki zainteresowania wspomnianymi szlachetnymi winami i ślady zachwytu ich kolorem.

Czytelnicy Beli Hamvasa z pewnością pamiętają, że dzielił on wina na jasnowłose i ciemnowłose. Podobnie, acz z większą finezją opisywali wygląd wina czynili nasi przodkowie, kolor był bowiem ważną informacją dla kupującego.Obok koloru zachwalano również inne przymioty.

Przypomnijmy, że handel win A. Pfitznera zachwalał przede wszystkim „znane ze swej dobroci i czystości wina górnowęgierskie”. Tutaj jeszcze jedna urocza reklama w sam raz na jesienną porę okraszona pięknymi określeniami win:

O wiele bardziej plastycznie pisał o swych winach jednak inny poznański importer – Hipolit Robiński:

Oczywiście królują w ofercie wina węgierskie. Wśród win stołowych zainteresowanie budzić mogą wspomniane zagadkowe „deszczówki” i „zieleniaki”. O ile druga nazwa była używana nader często (i często nadużywana), to pierwsza z nich jest niezwykle zagadkowa. Czy ktokolwiek spotkał się już wcześniej z takim określeniem?

Na marginesie warto zwrócić uwagę na to, że oferta win Robińskiego była bardzo podobna do oferty A. Pfitznera – mamy tu wina bordoskie, wina mozelskie i reńskie, nieco szersza wydaje się jedynie oferta win musujących z Francji i Niemiec.

Robiński – co z pewnością mogłoby wzburzyć współczesnych moralistów związanych z edukacją – ogłaszał się również na łamach Przeglądu Oświatowego, czego interesujący dowód można zobaczyć poniżej.

Inni poznańscy kupcy mieli jakby nieco mniej polotu, weźmy na przykład reklamę firmy A. Cichowicza (zresztą znów z Przeglądu Oświatowego – jak widać oświata lubiła wówczas dobre wina). Trzeba jednak przyznać, że komunikat był prosty: „oferujemy wina w rozmaitych odcieniach” – w domyśle: wszystkie odcienie, jakie tylko posiadają wina górnowęgierskie. Czy dziś,  którykolwiek importer mógłby uczciwie zadeklarować podobną ofertę?

Podobnie ascetyczny jest również anons firmy Januchowskiego i jego „wielkopańskich” win, o której opowiemy więcej w jednym z kolejnych wpisów:

A teraz reklama jeszcze jednego importera, tym razem L. Zoralskiego z Pleszewa (warto dodać, że to najstarsza firma z wszystkich wymienionych w tym wpisie):

Jak widać wina z Górnych Węgier, zwane dziś u nas po prostu tokajskimi, stanowiły najważniejszą część oferty polskich importerów na przełomie XIX i XX w. Można więc z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że polska kultura związana z winem przesiąknięta jest winem górnowęgierskim. Zaprawę nie ma się czego wstydzić!

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s