Literacki noblista o winie

Trudno nie pomyśleć o nagrodach Nobla, gdy wszędzie na okrągło wałkuje się ten temat. Z pewnością szacunek budzi magiczna moc tej nagrody wynoszącej na świecki panteon to naukowców, to działaczy, to literatów. Nagroda Nobla obrosła tym samym blaskiem, tym samym mitem wielkości, co niegdyś słynne wino kometowe. Co jednak zostaje z tego blasku po wieku? Czy wyblaknie, przygaśnie, a może nawet ulegnie śmiertelnemu zepsuciu jak niektóre słynne stare wina?

Władysław_Reymont

Pokaż, jak piszesz o winie, a powiem ci, kim jesteś…

Przyjrzyjmy się dziś naszemu literackiemu nobliście sprzed równych 90 lat – Władysławowi Reymontowi. Czyż znamy coś więcej niż noblowskich Chłopów? Dobrym probierzem kultury artysty będzie dla nas sposób pisania o winie. W tym celu musimy jednak porzucić znaną lekturę a przejrzeć inne, nieco mniej popularne jego utwory.

Interesujący obraz wina pojawia na łamach Reymontowskiej powieści Nil desperandum, wchodzącej w skład jego historycznej trylogii opisującej ostatnie lata pierwszej Rzeczpospolitej. To właśnie historyczny entourage, co typowe dla tamtej epoki, stał się miejscem kilku interesujących nawiązań do wina i jego staropolskiej kultury. Oczywiście nie jest to traktat historyka, ale próba odtworzenia staropolskiej kultury w świecie fikcji literackiej.

Wydaje mi się, że szczególnie interesujące będą dwa fragmenty ukazujące wyimaginowany obraz dwóch kontekstów, najważniejszych dla wina: piwnicy (skarbca winnego) i biesiady. Zatem wino w roli skarbu i wino w roli ludycznej. Jak ujął to nasz noblista?

Winne sanktuarium

Pierwszy fragment ukazuje wyprawę do piwnicy. Typowym sposobem pisania o takiej wyprawie na przełomie XIX i XX wieku była konwencja podróży w czasie i w przestrzeni. Była to podróż w czasie do złotych lat Rzeczypospolitej, której pamiątki ukryte pod ziemią, strzeżone przed oczyma zaborców. Wina – wiekowe acz żywe, szlachetne i najlepsze na świecie – ukryte w lochach przed zawistnym okiem zaborcy, symbolizować mogły polskiego ducha i polską kulturę. Reymont potraktował rzecz jednak w interesujący sposób. Mamy tu co prawda zakonników, zwykle kojarzących się z winem, ale cała podziemna wyprawa nabrała wyraźnie mistycznego charakteru. W piwnicy zmieszane zostało sanctum i profanum. Sama piwnica zaś zyskała nieco może patetyczne, ale też konsekwentnie uduchowione, miano sanktuarium. Koncept może i godny choćby leciutkiego przeczucia misterium fascinosum, gdyby nie chodziło o uzyskanie efektu humorystycznego. Reymont wykorzystując odniesienia religijne nadał im nawet trochę obrazoburczy charakter ubierając pijatykę w kostium „rekolekcji”. Zapewne chodziło o ukazanie zepsucia moralnego, które doprowadziło Rzeczpospolitą do upadku. Tan specyficzny kontekst religijny połączył ściśle z wyobrażeniem szlacheckiej rubaszności.

Oddajmy jednak głos autorowi. Oto początek peregrynacji głównego bohatera Reymontowskiej trylogii – Sewera Zaremby:

— Pokażę ci coś szczególnego. Kostek, światła i ojca Albina do mnie. Wnet się znalazła pochodnia i zaniepokojony franciszkanin.

— Poszukamy jakiego gąsiorka na dzisiejsze rekolekcje.

— Od siwuchy na jutrznię aż do małmazji na kompletę, wszystko narządzone.

— Lecz ad honores offertorium wypijemy czymś godniejszym. — Kum Chmieliński najlepiej by zdeterminował, będzie mu markotno.

Warto zauważyć udaną stylizację językową przywodzącą na myśl język liturgiczny. Druga uwaga jeszcze ważniejsza – w planowanej winnej uczcie przewidziany był ścisły program (jak modlitwy w brewiarzu). Intrygować może siwucha na początek. Jeszcze ciekawsza jest droga i słodka małmazja, czyli wino greckie, na koniec. Jeszcze ciekawsze jest to, co może być jeszcze godniejsze od małmazji:

— Zachodzi okoliczność, jako musimy być samotrzeć — wyrzekł prowadząc do piwnic. Wchodziło się do nich z wielkiej sieni, po stromych i ciemnych schodach. Pacholik idąc przodem przyświecaj smolistą pochodnią. Podziemia zamkowe były obszerne. Pełne sklepionych komór, kazamat, niskich izb prochowych i krętych przejść, tylko z rzadka oświetlonych smugami światła sączącego się ze strzelnic. Właśnie byli stanęli przed żelaznymi drzwiami sklepu, w którym mieściły się wina, gdy zjawiła się wielce zadyszana panna Cesia.

Autor mistrzowsko buduje napięcie w takiej z pozoru powszechnej scenie. Oczywiście wszystko wciąż w stylistyce religijnej, nawet z typowymi makaronizmami czasów upadku polskiej kultury, także z wiedzą winną godną Nowych Aten ks. Benedykta Chmielowskiego.

Apage satanas ! — zakrzyczał mnich zastępując drogę. — Nie pozwól waszmość.

— Wróć się, Ceśka, w tym sklepie nie może postać twoja noga.

— Jakoby wilka puścił między jagnięta ! — dorzucił przerażony kapelan.

— Tylko zobaczę, mój stryjku, tylko powącham i pójdę sobie precz.

— Mówiłem ci nieraz, jako niewieście wapory przemieniają wina w kwas — przemówił stanowczo, iż odeszła zadąsana, oni zaś wsunęli się spiesznie do loszku zamykając za sobą drzwi na klucz.

Następuje wreszcie upragniony obraz piwnicy, zwanej po staropolsku sklepem (tak też piwnicę do dziś nazywają Słowacy, zawsze zdziwieni naszym językiem). Jednym słowem – mit staropolskiej kultury wina w pigułce:

Sklep był długi, niski, a podzielony dębowymi ścianami na pojedyncze komory. Każdej z nich konsystowała inna nacja napitków. Hungaria zwała się pierwsza, gdzie w antałach i baryłach czekały tęskliwie kresu wyzwolin wystałe tokaje, rzewnie sposobiące maślacze i owe kapki zdradliwe swoją źrałością; drugą przezywano Iberia, gdyż taiła w sobie upały słonecznych krain, słynne alikanty, muszkatele, małmazje i skarby dalekiego Cypru; Reipublicae nosiła imię najobszerniejsza, w której rezydowały w powinnym ordynku beczki miodów, nalewek i starych gorzałek; powietrze w niej tchnęło lubością, syconą pszczelnym zapachem. Ostatnia zaś, nienazywna, lecz strzeżona podwójnymi bronami, stanowiła jakoby Sanctuarium, wybranym była miejscem, gdzie śniły same stężałe moce  słońca, same rarytasy i najprzedniejsze kordiały, wina i miody zgoła już bez ceny a wydobywane w jeno rzadkie i szczególne okoliczności. Na dębowych stołach ciżbiły się brzuchate gąsiory w długiej kolei lat i doli jednakiej jakóby zrosłe z sobą, grubym kożuchem siwej pleśni, pajęczynami omotane i kurzem potrząśnięte. Na chropawych ścianach widniały tu i owdzie zastanawiające daty, wypisane smołą, niektóre sięgające czasów Sobieskiego. Stanęli w zbożnym skupieniu i czci przed tą najgodniejszą sędziwością.

Trzeba przyznać, że wiedza winiarska, jak i bogactwo opisów rzeczywiście pozwalają docenić kunszt Reymonta. Wina są stopniowane, od bardzo szlachetnych po unikaty. Mamy tu przegląd najważniejszych win i krajów pochodzenia. Z pewnością godną uwagi jest piwnica Rzeczpospolitą zwana – kryjąca w sobie skarby polskiej ziemi. Nie było tam co prawda win, ale miody przepięknie je zastępowały. Podejrzewam, że inspiracji dla opisu mogły dostarczyć Reymontowi piwnice Fukierów, zawierające również swoje „sanktuarium” – piwnicę Hetmańską, w której stały butle pokryte „grubym kożuchem siwej pleśni, pajęczynami omotane i kurzem potrząśnięte”. Zresztą sama winiarnia Fukiera pojawia się na łamach wcześniejszego tomu, trzeba przyznać, że jej wyposażenie było jednak nieco odmienne od przedstawionych piwnic.

Reymont umiał również specyficznie odmalować znawstwo wina i cześć mu oddawaną:

Zaręba długo medytował i długo się ważył, nim sięgnął po gąsior, trzymający z garniec, i rzekł :

— Ten mi się być wydaje wdzięcznego oblicza i cnotliwej treści. Anno Domini 1707, miód po kasztelanie Świrskim. Zanieś Kostek, a wolniutko, nie zmąć i uważaj, bo basałyki.

— Sam poniosę, co taki się rozumie ! — wystąpił kapelan i ująwszy gąsiorek rozmodlonymi rękami, poniósł go niby monstrancję.

A wracaj jegomość, to sobie jeszcze coś wybierzemy. Kostka tam zostaw.

Jak widać mamy na poły liturgiczny opis szlachetnych win, nie pozbawiony jednak humoru i stąpania po twardej ziemi. Czy nadal do nas przemawia – oceńcie sami. Czyż znacie jednak piękniejszy obraz literacki staropolskiej kultury winnej?

Litania pijacka

Reymont potrafił odmalować również wino w skrajnie odmiennych, ludycznych kontekstach. Pozostaniemy wciąż w stylistyce religijnej, ale tym razem obrazoburzość pójdzie krok dalej, ukazując ponownie zepsucie moralne i powierzchowność ówczesnego katolicyzmu. Rozpoczynamy od nieco przydługiego, ale barwnego i przekonującego opisu (któż lubił opisy  będąc dziecięciem?!):

[Naczelnik] obszedłszy dom zajrzał przez wywarte okna do jadalni, gdzie przy dogasających świecach odprawiała się wrzaskliwa pijatyka. Kaczanowski prym w niej trzymał, gdyż krzyczał najgłośniej i najczęściej dolewał; siedzący przy nim Jaworski śmiał się ustawicznie i co chwila wymyślał coraz to inne zdrowia i okazje.

Naprzeciw brał miejsce jakiś mnich z ogoloną głową, z nosem srodze zadartym i brzuchem wzdętym aż pod brodę, zaś pobok kwitnął szlachcic w makowym kontuszu, blady jak płótno, z siwą rozwichrzoną czupryną i kruczym, obwisłym wąsem. Na stole, założonym cynowym naczyniem z antypastami, zieleniały pękate flachy, rzęsiste gąsiory i miedziane garnce, zaś pod ścianą, na krzyżakach, wdzięczyły się smoliste antały w grzecznym ordynku ustawione. Przy nich bose pachoły czekały na skinienie.

Reymont stworzył niecodzienną pijacką „litanię” – ciąg toastów wzorowany na modlitewnym dialogu. Wino zostało tu wykorzystane jako środek do ukazania zepsucia szlachty, jej powierzchownej moralności, krótkowzroczości i braku odpowiedzialności. Obraz kreślony przez Reymonta jest słodko-gorzki: ma szczyptę słodkiego humoru oraz wiele gorzkiego wyrzutu. W każdym razie „litania” jest ciekawym przyczynkiem do sztuki wznoszenia toastów:

Właśnie Kaczanowski był się dźwignął z miejsca i wspierając się brzuchem o stół, zaintonował tubalnym głosem pijacką litanię:

— Zacznijmy, bracia, podzwaniać w szkliwo !

— Piwo ! piwo ! piwo ! — zawtórowali brzękając wraz pustymi szklenicami.

— Żywota poczciwego uciecha krótka !

— Wódka ! wódka ! wódka ! — ryczeli trzykrotnie ogromnymi głosami.

— Chwalmy szczęśliwości przyczynę jedyną !

— Wino ! wino ! wino !

— I niech nas bronią od wszelakiej szkody.

— Miody ! miody, miody.

Jak widać i podniosłe i rubaszne nastroje nie stanowiły dla Reymonta większej trudności. Potrafił nawet plastycznie oddać bachiczną pijatykę, winne zakłady i w końcu winne upodlenie. To jednak może zbyt dużo jak na jeden raz. Zainteresowanych odsyłam do pierwszego tomu powieści Reymonta Rok 1794 s. 84, 165.

Zakład pijacki był iście diabelski. Tutaj z innej bajki... ale bardzo podobny pomysł. Diabeł Boruta. Drzeworyt z Tygodnika ilustrowanego wg pomysłu Juliusza Kossaka rytował H. Kubler.

Zakład pijacki był iście diabelski. Tutaj z innej bajki… ale bardzo podobny pomysł. Diabeł Boruta – drzeworyt z Tygodnika Ilustrowanego według pomysłu Juliusza Kossaka rytował H. Kubler.

Cytowane fragmenty pochodzą ze zbiorów Polskiej Biblioteki Internetowej, gdzie dostępny jest pełny tekst powieści.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s