Kupiec winny przed wiekiem i dziś (Tadeusz Cieśliński vs Marek Kondrat)

Zostałem poproszony przez krakowską oficynę Znak o recenzję wydanej przez nią kilka miesięcy temu książki Marka Kondrata „W-inne strony”. Recenzje nie są specjalnością blogu, ale stwierdziłem, że interesujące może być zestawienie postaci dwóch kupców winnych – dawnego i dzisiejszego. Do pary wybrałem Tadeusza Cieślińskiego – starszego przeszło o wiek. Tym co ich łączy jest nie tylko wino, ale i związki z Przemyślem (zob. „W-inne strony”, s. 157). Wydawnictwo zaakceptowało pomysł, zestawię więc kilka uwag o winiarzach, a na koniec powiem co nieco o książce.

Zastrzegam, że nie potrafię patrzeć na książkę z perspektywy odbiorcy masowego, a wydawnictwo świadomie prosząc o recenzję na tym blogu zadecydowało, że perspektywa winnych tradycji i moja własna są odpowiednie dla adekwatnego spojrzenia na jej treść.

Przemyski kupiec winny - na obowiązkowej beczce w karykaturze z 1930 r. ...

Dawny kupiec winny (na obowiązkowej beczce!) w karykaturze z 1930 r. …

Zacznijmy od konstatacji, że polscy kupcy winni nie pisali niegdyś wspomnień. Oczywiście pomijam miłosiernie Wspomnienia staromiejskie Henryka M. Fukiera – wybierając to dzieło mógłbym być słusznie posądzony o intelektualny sadyzm. Przyjmijmy więc, że „opowieść o pasji, która zmienia życie” Marka Kondrata jest ewenementem. Jak wygląda dzisiejszy kupiec na tle dawnych – sądzę, że jest kilka interesujących i nieoczywistych podobieństw.

... współczesny odpowiednik

… współczesny odpowiednik

* * *

Kursy specjalistyczne

Zaczynam od kursów specjalistycznych, ponieważ Marek Kondrat zaczyna swą opowieść od wspomnień z kursu w Bordeaux. Co ciekawe, Cieśliński również był w Bordeaux. Pierwszy uczył się degustacji win bordoskich, drugi natomiast – gospodarki piwnicznej. Z pewnością kurs Cieślińskiego był dłuższy i trudniejszy. Co ciekawe, dziś pojęcie gospodarki piwnicznej w Polsce istnieje w zasadzie głównie dla historyków. Wina sprzedawane są w butelkach, nie wymagają żadnych prac, poza w miarę łagodnym obejściem się z nimi podczas transportu i sprzedaży. Dziś mamy więc raczej wyłącznie logistykę, która kiedyś również istniała, ale była sprzężona z szeregiem odpowiedzialnych prac w piwnicach, gdzie wina dojrzewały, były konfekcjonowane i przygotowywane do sprzedaży. Tym, co różni Kondrata i Cieślińskiego jest również rola bordoskich kursów. Kondrat sugeruje, że to miejsce, gdzie zrodził się zachwyt winem, czyli pierwsze kroki na winiarskich ścieżkach. Dla Cieślińskiego nauka w Bordeaux służyć miała ulepszeniu pracy przedsiębiorstwa, które pracowało już kilkadziesiąt lat – nie mogę dokonać dokładnych porównań, ale szacuję, że Cieśliński musiał być już w bardziej zaawansowanym wieku, niż Kondrat szkolący się w Bordeaux. Tak czy inaczej jak widać – na naukę nigdy nie jest za późno!

Rozpoznawalność

Różnic jest nazbyt wiele – choćby to, że Cieśliński nie był nigdy celebrytą. Co prawda zdobył lokalnie szacunek, uznanie i był znany, ale to zjawisko zgoła z przeciwnego bieguna niż to, co wiąże się z byciem celebrytą. Tym co łączy również historie obu postaci są próby zaangażowania politycznego: Cieślińskiego w sanacyjny OZN, Kondrata w liberalno-lewicowy KOD. Pierwszy sam się jednak szybko wycofał zanim nabrzmiała fala krytyki.

Najbardziej jednak interesujące w kwestii rozpoznawalności jest to, że przed wojną najlepsze wina w Przemyślu można było kupić u Cieślińskiego. Dziś – w sklepie Marka Kondrata. Na lokalnym, odradzającym się rynku wina w Przemyślu Kondrat zajął dawne miejsce Cieślińskiego. Tak oto dotarliśmy do najgłębszego sensu porównania tych dwóch kupców.

Strategia biznesowa

Cieśliński opierał swój pomysł biznesowy na wytwarzaniu i sprzedaży win mszalnych. Marek Kondrat ma pomysł radykalnie odmienny – chce wyrazić swoje pasje i zarazić nimi Polaków. Mimo to łączy ich stosunkowo wiele – zabiegi o obniżenie cen wina przez skrócenie łańcucha pośredników. Cieśliński był jednak bardziej radykalny: kupił winnice z piwnicami, dzierżawił inne, aby prowadzić w pełni niezależną politykę cenową. W perspektywie długoterminowej pomysł Cieślińskiego okazał się bardzo udany. Przetrwał bowiem oblężenie twierdzy Przemyśl i niedługo później dostarczał wina mszalne. Poradził sobie z kryzysami okresu międzywojennego, których nie przetrwała np. winiarnia Fukierów. Dopiero niezwyciężona Armia Czerwona przemogła Cieślińskiego i wyzwoliła go z firmy oraz winnic.

Interesujące jest również to, że Cieśliński jeszcze przed I wojną światową zaczął rozwijać powoli sieć sklepów filialnych. Dzisiejsze zabiegi firmy Marka Kondrata przypominają również nieco tamto postępowanie.

Warto podkreślić jeszcze jedną kwestię – portfolia kupców były urozmaicone. Cieśliński starał się handlować winami z większości znanych krajów winiarskich, sięgał nawet po wina algierskie. Dziś szeroka oferta jest o wiele łatwiejsza do zaoferowania, więc z pewną dozą życzliwości można uznać, że poziom „umiędzynarodowienia” jest porównywalny.

algierskie-Cieśliński-Karuzel_1930

W-inne strony – opowieść o pasji, wywołującej pasje

Nadszedł czas, aby opowiedzieć o samej książce. Z pewnością miała to być pozycja masowa, zatem w zamierzeniu „lekkostrawna”, a nawet miejscami frywolna. Niestety pomieszanie elementów kultury wysokiej i niezbyt wyrafinowanych elementów gustów masowych dało produkt porównywalny – toutes proportions gardées – do produktów Carlo Rossi. Taka stylistyka ma z pewnością wielu zwolenników i dziś w Polsce, muszę jednak uczciwie przyznać, że do nich nie należę. Może w przyszłości historycy kultury będą mieli do dyspozycji interesujący materiał do analiz nad stanem ducha polskiej kultury wina w połowie drugiej dekady XXI wieku…

Z pewnością znajdziemy tu nieco interesujących fragmentów natury pamiętnikarsko-refleksyjnej, choć autor zastrzega, że nie chce zajmować się problematyką ogólną, nie jest naukowcem, nie jest koneserem, „itede, itepe”. Nie jest jednak konsekwentny i daje się niekiedy ponieść różnego rodzaju mocnym uwagom ogólnym i formułowaniu złotych myśli, jak choćby ta, wytłuszczona w tekście: „Wino najlepsze jest tam, gdzie je pijemy!” (s. 65). Mamy i przemyślenia na temat polityki, na temat życia pośmiertnego. Prosto, łatwo, niezbyt odpowiedzialnie.

Jeśli byłaby to bezpretensjonalna opowieść o swej pasji, to momentami jest ona nawet ciekawa, gdy autor wzbijał się na poziom autoironii. Interesujące są uwagi o związkach łączących sztukę aktorską z winem. Pasja do kuchni francuskiej jest na kartach książki żywa i może pociągać.

Jest to jednak nie tylko pamiętnikarska opowieść. To książka z wyraźnie określoną misją:

„Jedynym usprawiedliwieniem może być nadzieja, że Czytelnik wyniesie z lektury wrażenie, iż wino jest napojem towarzyszącym człowiekowi codziennie” (s. 33).

Autor ocenia kultury winiarskie przede wszystkim ze względu na ilość spożycia wina per capita. Stąd pobłażliwe uwagi o Brazylii i niezbyt zręczne uwagi o Polsce. Oczywiście nikt nie broni takiej oceny, nawet jest ona zrozumiała z perspektywy kupca winnego. Każdy też może mieć swoje kompleksy, ale nie widzę konieczności ich podzielania. Owszem, wszyscy bolejemy nad wódczaną niechlubną tradycją upajania się dla zapomnienia o świecie. Czy jednak obraz kreślony przez Marka Kondrata nie jest już lekko anachroniczny? Czy nie walczy z własnymi mirażami? Niech każdy oceni samodzielnie taką autodeklarację:

„Żywię nadzieję, że po ukazaniu się tej książki Polacy podwoją spożycie [wina]. To samo pewnie stałoby się w Brazylii, gdyby jakiś piłkarz albo najlepiej aktor grający w brazylijskiej telenoweli napisał książkę o winie” (s. 64).

Wydaje mi się, że stawiane w książce diagnozy polskiej sytuacji społeczno-kulturowej dalekie są od trafności, większe trudności sprawia mi jednak to, że są one mało odpowiedzialne. Na tym tle nasza winna blogosfera wygląda naprawdę nieźle (przy całej masie znanych argumentów krytycznych), a jakieś wydawnictwo powinno rozważyć publikację na przykład niektórych winnych rozważań Koali (Andrzej Szadkowski), z którym nie zawsze się zgadzam, ale czytam zwykle z przyjemnością.

Nie wszystkie rozważania w książce są tak słabe – niekiedy mamy uwagi o roli tradycji (s. 115) i pamięci (s. 165). Gdyby zostały odpowiednio rozwinięte, to byłby interesujący temat. Nieźle wypowiada się również o polskich winach – jak widać ogromne wrażenie wywarła na nim winnica Turnau… ale poza nią jakby niczego innego nie dostrzegał.

Nie mogę nie wspomnieć o tym, jak w książce potraktowana została historia. Historię wina i jego kultury Kondrat ujął zaledwie w kilku zdaniach. Nie są to jednak mistrzowskie skróty. To bodajże najsłabsza merytorycznie część: najpierw był złoty okres starożytności (wszystko było piękne i wspaniałe), później był upadek Cesarstwa Rzymskiego, który był też „czarną nocą dla wina”. Mało smaczne frywolności na temat średniowiecznego tysiąclecia nie nadają się do cytowania. Mediewiści powinni jednak cytować ten fragment (s. 84) jako przykład i przestrogę dla studentów. Dalsza historia – proszę bardzo! Epoka odkryć geograficznych wymagała wina, bo woda szybko się psuła, a potem był wiek XIX i filoksera, potem podkładki amerykańskie a lata 70. XX w. to początek boomu sprzedażowego. Nawet na bardzo amatorskich blogach nieczęsto goszczą tego rodzaju elukubracje na tematy historii wina.

W-inne_strony-marginalia

Marginalia zasadniczo dobre, ale i tu znajdziemy kwestie kontrowersyjne (jak choćby przytoczona ocena technicznego pojęcia powszechnie używanego w winogrodnictwie i enologii polskiej).

Zaskakująco dobrze na tle tekstu wypadły marginalia – to krótkie, celne i dość rzetelne notki wyjaśniające trudniejsze pojęcia i rozjaśniające tekst. Przyznam, że to jasna strona książki, pisana chyba jakby piórem innej osoby (jeśli podejrzenia są słuszne, nie jest to oczywiście żadnym zarzutem – to powszechnie stosowana praktyka).

* * *

Szacowne wydawnictwo Znak nadało książce nowoczesną, atrakcyjną i niebanalną formę. Z pewnością należy się pochwała dla grafika. Opracowanie językowe stoi – jak zwykle – na wysokim poziomie.

Jest jednak rzecz, której nie mogę wybaczyć krakowskiemu wydawnictwu. Któż w mieście, gdzie każdy może przespacerować się Plantami, powstałymi w wyniku splantowania terenów po fortyfikacjach miejskich może używać słowa „plant” jako synonimu sadzonki?! Zresztą błąd ewidentny jest nawet z warszawskiego punktu widzenia – Słownik języka polskiego PWN podaje, że plant to «teren wydzielony na tor kolejowy». W pierwszej chwili czytając o człowieku który „zaorał step, wsadził planty” (s. 47) myślałem, że to literówka w niefortunnym zdaniu, które miało mówić o zasadzeniu platanów. Jednak sformułowania takie jak „pasek plantów” (s. 203) albo „młode planty” (s. 210) uświadomiły mi, że to niszczenie języka polskiego, nieudolna próba pisania o sadzonkach w dziwacznym żargonie. Nie mogłem wyjść ze zdumienia, zatem pokusiłem się jeszcze o test na grupie młodych humanistów – byli jeszcze bardziej zdumieni i dopiero dzięki podpowiedzi zrozumieli sens zdania.

Nieszczęsne "wsadzanie plantów". I to w Krakowie!

Nieszczęsne „wsadzanie plantów”…

Wszyscy popełniamy błędy, ale w tym przypadku wygląda to albo na celowe działanie albo wyraz daleko posuniętej ignorancji. Nie chcę rozstrzygać tej niewdzięcznej kwestii. Z wielką przykrością piszę jednak te słowa – mamy tu jednak do czynienia z profesjonalistami, nie można więc sprawy zbyć milczeniem.

Nie mogłem o tym nie wspomnieć, bo to smutny obraz zniszczeń w obrębie polskiej kultury wina. Niestety nie da się tego uzasadnić licentia poetica – chyba, że pojęcie to miałoby być uniwersalnym pseudowyjaśnieniem w stylu anarchistycznego, Feyerabendowskiego „anything goes”. Przy tym wszystkim niekonsekwencje w pisowni z wielkich liter (s. 14) wyglądają naprawdę na błahostkę i zwykłe czepianie się.

* * *

Czy warto kupić tę książkę? Oczywiście mam wiele zastrzeżeń różnego rodzaju, ale największy cios wymierzony w wiarę w sensowność tegoż zadał sam autor w zakończeniu zatytułowanym: „Państwa zdrowie, czyli najchętniej już bym się sam napił…”. Autor głosząc cały czas misję nawracania Polaków na konsumpcję wina podważa sensowność studiowania książek o winie dla rozbudzenia emocji w odbiorze wina. Przekreśla jednym frywolnym ruchem sens czytania. Jeśli ktoś chciałby poznać wrażenia z podróży Marka Kondrata to może to z pewnością uczynić. Jeśli ktoś chciałby żywić się cudzymi emocjami – niech próbuje, jeśli chce i potrafi. Żeby być w zgodzie z wolą autora należałoby zapewne zainwestować 39,90 zł w zakup kilku butelek wina zamiast w książkę – to z pewnością podniosłoby statystyki spożycia wina w Polsce, które tak leżą mu na sercu…

Książkę otrzymałem od wydawnictwa Znak w celu przygotowania recenzji. Po doskonałej książce Michała Bardela skrzącej się pomysłami i doskonale wyważonej, tym razem wydawnictwo znacząco obniżyło loty. Szkoda.

„Państwa zdrowie, czyli najchętniej już bym się sam napił...” (Marek Kondrat).

„Państwa zdrowie, czyli najchętniej już bym się sam napił…” (Marek Kondrat).

Zdjęcia Marka Kondrata zostały udostępnione przez wydawnictwo Znak. Karykatura Tadeusza Cieślińskiego pochodzi ze zbiorów Podkarpackiej Biblioteki Cyfrowej.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s